POWRÓT DO OPOWIADAŃ

rozdziały:   I,   II,   III,   IV,   V

PĘTLA

9 lipca 2003

I

*

          Pierwsze promienie słońca, które zwycięsko wyszły z codzienne toczonej walki światła z ciemnością padają nieśmiało na twarz. Światło, gdzie indziej źródło życia,tu potrafi rankiem obudzić delikatną pieszczotą a w południe karać swoją ognistą ręką.
          Otworzyła oczy. Jej usta bezgłośnie wypowiedziały słowa modlitwy. W jej oczach na chwilę zaplątały się łzy, które szybko osuszył wiatr.
„Czy to już dziś? „ – pomyślała – „Czy gdy będzie już po wszystkim odważę się pokazać mu swoją twarz, czy odważę się powiedzieć, kim naprawdę jestem? Czy dziś się wszystko skończy?”
Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że o czymś zapomniała, o czymś bardzo ważnym, co nie powinno umknąć jej uwadze, ale nie mogła sobie uświadomić, co to mogło być.

**

          Pół godziny później dwóch wojowników wsiadło na konie. Ruszyli w drogę bez słowa, bez zbędnych gestów. Wiatr rozwiewał ich czarne warkocze – oznaki szlachetnego urodzenia i wysokiej rangi wojskowej. Peleryny delikatnie unosiły się przy każdym powiewie wiatru. Konie szły opornie, co pewien czas rżąc żałośnie.
Pierwszy jeździec był smukłym młodzieńcem o piwnych śmiałych oczach, wąskich ustach, regularnym nosie i szpiczastej brodzie.
Drugi – bez twarzy, bez ludzkiej twarzy – ostre rysy wykute w czarnej przypominającej kamień masie i oczy wielkie, zielone, płonące dziwnym wściekłym blaskiem. „ Czy to na pewno jest człowiek?”- to pytanie zadawali sobie ludzie zaraz po tym jak ochłonęli z przerażenia na jego widok. Jego sława wojownika była znana w całej krainie Meri i prawdopodobnie jeszcze dalej.
Obaj ubrani na czarno dosiadający ciemnych wierzchowców – dwa kruki, które mogłyby stanowić nieodzowną część tej jałowej krainy, gdyby nie ich czyste dusze.
Koło południa wstrzymali konie.
  -    To tu! Zostawmy konie i tak długo nam wiernie służyły – odezwał się młodzieniec.
Zsiedli z koni i puścili je wolno. Rumaki natychmiast pogalopowały w przeciwnym kierunku.
U podnóża gór widniało wejście do jaskini. Wojownicy właśnie tam skierowali swoje kroki.
          Weszli w ciemność, na ich piersiach zajaśniały amulety w kształcie smoka o rozpostartych skrzydłach. Te jasne zielone światła rozcinały gęstą, czarną mgłę, która kłębiła się wszędzie.
Ktoś na mnich czekał. Wiedział o nich od dawna, tak jak oni znali jego oblicza, choć obce było im jego imię. Po latach tułaczki odnaleźli wreszcie jego kryjówkę.
          Stanęli, przed nimi ciosane z kamienia wrota, a na nich krwawym blaskiem widniały symbole tworząc okrąg. Znali je oboje. Widywali w różnych miejscach, ale nigdy wszystkich razem i nigdy aż tak wyraźnie. Łzawiły im od nich oczy. W środku kręgu widniał największy i najbardziej złowrogi symbol, który był nazywany ferem albo firem a oznaczał tylko jedno – istotę złego ognia.
          Wyciągnęli miecze, po których przebiegły zielone iskry.
          Wrota otworzyły się wrogo i o dziwo zachęcająco. To, co ujrzeli zaskoczyło ich, ale tylko na moment. Na środku sali, na kamiennej posadce siedziała mała dziewczynka i bawiła się drewnianym konikiem śpiewając piosenkę. Mimo jej czystego głosu jej śpiew był pusty i zimny. Jej włosy w pierwszej chwili wydawały się złote jak łan dojrzewającego zboża, ale tak naprawdę były siwe i rzadkie jak u staruszki.
          Młodzieniec podniósł miecz zanim jego towarzysz zdołał go powstrzymać.
          Drzwi zatrzasnęły się z hukiem!
          Ostrze nie dosięgło celu, dziwna siła powstrzymała cios. Dziecko odwróciło głowę i wbiło martwe i nieludzkie spojrzenie w śmiałka. Drugi z wojowników zerwał medalion z szyi. Jego usta wymówiły zaklęcie. Rzucony medalion jak ostry smoczy kieł przeszył powietrze i wbił się w czoło małej dziewczynki. Zapadła chwila absolutnej i pełnej oczekiwania ciszy. Dziecko podniosło dłoń i dotknęło swojego czoła, jego usta drgnęły a w oczach rozpętała się burza. Ogłuszony wściekłością istoty młodzieniec upadł. Po martwej twarzy Dziecka przeszedł grymas bólu, który podsycił wściekłość. Postać zajęła się ogniem. Zielonookiemu nie dane było odzyskać swojego medalionu, który rozsypał się w ogniu. Wielki płomień ukształtował kulę, która pulsowała w oszalałym rytmie. Istota szykowała się do ataku – powiększyła się dwukrotnie i rzuciła oszalała na młodzieńca. Rycerz bez twarzy skoczył zasłaniając nieprzytomnego towarzysza. Podnosząc miecz szybko wymówił zaklęcie. Fala ognia natrafiła na opór. Cofnęła się na chwilę, aby uderzyć ze zdwojoną mocą.
Tym razem dosięgła celu.
          Ciała wojowników odbiły się od wrót. Młodzieniec już nie żył. Drugi uniósł osmoloną dłoń z pierścieniem bez kamienia, który został wyłupiony jak oko z oczodołu. W wielkich zielonych oczach dogasał już płomień życia, gdy jego prawie martwe usta poruszyły się.
          Padło zaklęcie.
          Dłoń opadła.

***

  -    Znów się nie udało. To już drugi raz.
  -    Wiem, że czasu nie można tak łatwo naginać, ale dajmy jej jeszcze jedną szansę. Mówi się do trzech razy sztuka.
  -    Zdajesz sobie sprawę, że PĘTLA pochłania wiele energii i many a każde takie nagięcie czasu może nas wiele kosztować.
  -    Więcej może nas kosztować istnienie Fire !
  -    Ale ona znów nie odnalazła jego niewypowiedzianego prawdziwego imienia!
  -    Teraz znajdzie, musi znaleźć! Inaczej i tak zginiemy.

****

          Otworzyła oczy, zobaczyła błękitne niebo i zieleń drzew po deszczu. Szept strumienia koił jej udręczoną duszę. Usłyszała kroki, znajome kroki a potem ręce – te stare, kochające ręce, które podniosły ją i przytuliły do serca.
          Poczuła się dzieckiem...
          Była dzieckiem...

          Wszystko zaczęło się od nowa. Jeszcze jedna szansa, to samo życie!
II

*

           Wychował mnie Jorst – stary rycerz. Jego ciało było mapą wojen i bitew jakie stoczył, jego serce było mapą cierpień, jakie przeżył, jego dusza była czysta i jasna jak słońce, a ja byłam dla niego kolejną wojną, kolejnym cierpieniem i najjaśniejszym słońcem, jakie kiedykolwiek świeciło.
           Żył samotnie, na uboczu, nie lubił towarzystwa ludzi. Mówił: „Dużo gadają, a to, po co komu potrzebne”.
          Znalazł mnie nad brzegiem strumienia po burzliwej nocy. Miałam wówczas około roku. Jedyną rzeczą, jaką przy mnie znalazł, oprócz pieluszki, był pierścień z dziwnym zielonym kamieniem. Nigdy nie szukał mojej rodziny, bo chyba od początku wiedział, kim i czym jestem.
Wychował mnie jak syna, chociaż jestem kobietą. Nie mógłby zatrzymać dziewczynki – podrzutka – to jest wbrew prawu. Jeżeli ktoś poznałby prawdę musiałabym trafić do Domu Mądrych Kobiet i w wieku pięciu lat przejść test na predyspozycję. Jeżeli byłby pozytywny zostałabym adeptką Mądrych, jeżeli negatywny, byłabym wychowana i sprzedana na żonę jakiemuś wieśniakowi, w najlepszym wypadku rycerzowi, ale to nie było moim przeznaczeniem.
Jorst nauczył mnie wszystkiego, co umiał i wiedział. Znam język przemytników, umiem doskonale jeździć konno, strzelać z łuku i kuszy, władać mieczem, wiem jak posługiwać się toporem, kopią, sztyletem i innymi „ zabawkami wojownika”. Wiem, co to zwiad i walka wręcz. Wszystko to przychodziło mi niezwykle łatwo, ale nigdy nie mogłam nauczyć się gotować i szyć – do tej pory nie potrafię przyszyć guzika. Jorst nie dziwił się temu i traktował moje starania w tym kierunku z przymrużeniem oka.
Rosłam w chłopięcych ubrankach, nosiłam obcięte do ramion włosy, które musiałam czernić orzechem na jednolity kolor, ponieważ są paletą wszystkich możliwych barw. Na mojej głowie są siwe, czarne, złociste i rude - wręcz czerwone pasma, znaleźć także można ciemno granatowe i kasztanowe – istny bałagan. Największym problemem były moje oczy, wielkie, przenikliwe, zwracające uwagę swoim zielonym blaskiem, którego nie mogły przysłonić długie grzywki ani czapki z frędzlami.
Nazwał mnie Emar-sa - w języku przemytników oznacza to ”córka burzy” – na pamiątkę burzy, po której mnie znalazł, ale chyba także ze względu na mój charakter, zwykle opanowana i spokojna potrafię wybuchnąć, zagrzmieć i zalać wszystko potokiem energii.
           Rzadko odwiedzaliśmy pobliską wioskę, wymienialiśmy skóry i mięso na sól i mąkę. Przy obcych nazywał mnie Emar (burza), mówił, że jestem jego synem.
Mieszkaliśmy nad brzegiem strumienia, niedaleko Ślepego Wąwozu, gdzie biło jego źródło. Nasza drewniana chata jest jedynym domem, który kiedykolwiek miałam.
           Kochałam go, był mi ojcem, matką, nauczycielem i przyjacielem. Raz tylko spytałam się go, kim jestem i skąd się wziął pierścień z zielonym kamieniem, odpowiedział: „Dowiesz się w swoim czasie” i uśmiechnął się smutno. Nigdy więcej się o to nie pytałam.
           Zmarł jak miałam czternaście lat.
           Wtedy wyszło na jaw, że jestem dziewczyną.
           Nie wiem dokładnie jak to się stało, byłam zbyt wstrząśnięta, płakałam, kiedy upadł na drodze do wioski, los chciał, że właśnie wtedy przejeżdżała Mądra. Pogrzeb odbył się szybko, kopiec kamieni nad strumieniem, kilka słów pożegnania wypowiedziane przez Mądrą, i jeszcze szybciej znalazłam się w Domu Mądrych.

**

  -    Ta dziewczyna, Emar-sa – odezwała się Najstarsza Matka – ta bez próby? Jak sobie radzi, nauczyła się jak być dobrą żoną?
  -    Z tym właśnie problem Najstarsza Matko – odparła Najmądrzejsza – ona się nic nie nauczyła! Nie umie gotować – przypala nawet zupę, szyje słabo, o hafcie nie wspomnę, zna tylko podstawowe zioła.
  -    Słyszałam, że znalazł się jednak kandydat na męża.
  -    Tak Najstarsza Matko, i to bardzo hojny.
  -    Któż to jest?
  -    Pan na Ortmorcie, Najstarsza Matko.
  -    Hm... Baron Wordet przecież jest żonaty!
  -    Lady Weyona zmarła dwa księżyce temu Najstarsza Matko.
Najstarsza zamyśliła się chwilę.
  -    Ile razy on był żonaty?
  -    Matko to bardzo szanowany człowiek.
  -    Pięć czy sześć razy! Wszystkie zmarły na tajemnicze choroby!
  -    Ależ nie Najstarsza Matko - z oburzeniem odparła Najmądrzejsza – pierwsza zmarła ze starości, druga na chorobę krwi, trzecia miała wypadek na koniu, czwarta popełniła samobójstwo – była obłąkana, piąta – Lady Weyona wpadła do stawu i się bardzo przeziębiła... Biedny człowiek.
  -    Nie uważasz, że to podejrzane?
  -    Ależ Najstarsza Matko, przecież to szanowany Pan, leciwy wiekiem, ale silny i zdrowy, wcale nie wygląda na swój wiek sześćdziesięciu lat, najwyżej na czterdzieści pięć. Poza tym obiecał wybudować nam nową bibliotekę.
Najstarsza zmów się zamyśliła, tym razem trwało to trochę dłużej. Najmądrzejsza z niecierpliwością przebierała palcami.
  -    Masz rację Najmądrzejsza, tej dziewczynie i tak bardzo dobrze się trafiło. Ona do niczego się nie nadaje, może jedynie na Lady.
Na ustach Najstarszej pojawił się dziwny uśmiech.
  -    Urodą też nie grzeszy, te włosy i do tego dziwne oczy, wysokie to i jakieś takie nie kobiece – umięśnione jak parobek!
W komnacie rozległ się śmiech, który po chwili zaczął przypominać skrzek.

***

           Emar-sa cichutko wycofała się spod drzwi. Jej życie w oczach Mądrych zostało sprzedane. Widziała barona Wotdeta i wcale się jej nie spodobał, nie chodziło o to, że był po sześćdziesiątce i miał tyle żon, to jego blada cera, dziwny przeszywający wzrok, pozorna powolność i taneczność w ruchach a szczególnie jego cynkowy, idealny uśmiech o pięknych zdrowych, ostrych zębach nie dawał jej spokoju.
          Postanowiła opuścić to miejsce tej nocy. Zamek w drzwiach od komnaty otworzyła już pierwszego dnia pobytu w Domu Mądrych, potem są schody, korytarz i śpiąca Mądra na jego końcu a za nią okno na ogród – prosta droga – dziesięć metrów liny i będzie wśród krzewów różanych. Potem tylko mur i dziedziniec. Przez bramę główną przemknie się zakładając kaptur posłańca.
          Tak też zrobiła...

****

           Biegła przez las, gałązki chłostały jej ciało, czasami słyszała spłoszone zwierzęta. Wpadła do strumienia pośliznąwszy się na mokrym kamieniu, leżała chwilę w wodzie ciężko dusząc i pozwalając, aby woda ochłodziła jej ciało. Wstała i zaczęła biec w górę strumienia. Woda błyszczała delikatnie w nikłym świetle niepełnej tarczy księżyca. Musi się spieszyć, wcześnie rano odkryją jej nieobecność, połączą tajemniczego posłańca z jej osobą i wyślą jeźdźców z psami a droga przed nią długa.
           Upadła po raz drugi, uderzyła się w głowę. Świtało już a ona nie mogła się podnieść ze zmęczenia i otępienia.
           Otworzyła oczy, słońce było już wysoko. Zerwała się na nogi, spłoszyła dzikie konie, które przyszły się napić, został tylko jeden czarny dwulatek, który przyglądał się jej mądrymi ciemnymi oczyma. Ich wzrok się spotkał. Dziewczyna po chwili powoli podeszła do konia, wyciągnęła dłoń a on jakby od dawna znał tą dłoń dotknął ją nozdrzami, dał się pogłaskać po grzywie i przytulić. Dziewczyna szepnęła mu.
  -    Nieś mię koniku, nieś.
Wskoczyła na grzbiet i pognała w górę strumienia.
           W oddali słychać było ujadanie psów...

*****

  -    Zaraz tu będą! To już dom koniku, to już dom!
Wjechała do Ślepego Wąwozu, tam gdzie znalazł ją Jorst. Spod skały biło źródło dające początek strumieniowi. Zsiadła z konia. Psy ujadały, słychać było rżenie koni. Rozejrzała się, sama wpadła w pułapkę, ten wąwóz miał tylko jedno wyjście, na drugie już wiele lat temu obsunęły się kamienie całkowicie je blokując.
  -    Dlaczego tu wjechałam, dlaczego?
Ze złości uderzyła pięścią w skałę. Poczuła ból i ciepło. Ból skaleczonej dłoni i ciepło, którym nagle zaczął pulsować jej pierścień. Przyłożyła otwartą dłoń do skały i przymknęła oczy. Palce zanurzyły się w galaretowatej powłoce, przebiły ją i przeszły na drugą stronę. Otworzyła oczy, jej dłoń aż po nadgarstek tkwiła w skale. Szybko cofnęła rękę. Zawahała się, ale tylko chwilę. Chwyciła konia za grzywę zamknęła oczy, wstrzymała oddech, wyciągnęła dłoń z pierścieniem przed siebie i zanurzyła się w tą galaretowatą błonę, natrafiła na delikatny opór a potem...

           Otworzyła oczy, koń zarżał cicho. Zaparło jej dech w piersi...
Z kilku szczelin w sklepieniu okrągłej groty przebijało się światło tworząc jasne słupy i delikatne prześwity, niektóre odbijały się od powierzchni wody w niedużym owalnym basenie pośrodku tworząc bajeczne refleksy. Wokół unosił się zapach. Nie znała go. Ta cudowna woń pochodziła z kwiatów, które obrastały naokoło basen i ściany. Wyrastając wprost ze skały tworzyły wrażenie niebiesko-zielonego pluszowego dywanu. Weszła na schodki do basenu, coś szeptało jej: „wejdź, zanurz się”. Posłuchała tego szeptu. Zdjęła buty i odzież. Bosą stopą dotknęła wody, która była o wiele gęstsza niż zwykła, ale z jakiegoś powodu nie zdziwiło to ją. Zanurzyła się posłusznie. Poczuła jak zmęczenie opuszcza jej ciało i ogarnia ją błogość. Nagle zaczęły napływać do jej głowy obrazy i głosy. Z początku był to ogłupiający, sprawiający ból bełkot, później zaczął się układać w jasną i klarowną całość.

******

           Obudziła się...
           Już wiedziała kim jest...
           Już pamiętała kim była...
           Już pamiętała co potrafi...
           Już wiedziała kogo ma odnaleźć...
           Już wiedziała co ma zniszczyć i jak to zniszczyć!
Musiała się spieszyć – „ To już ostatnia szansa” – pobrzmiewało w niej echo.
Wyszła z basenu, poklepała po grzbiecie zadowolonego konika żującego kwiaty. Podeszła do ściany groty, przesunęła w powietrzu dłonią z pierścieniem, kwiaty w tym miejscu odsunęły się odsłaniając skałę, na której ukazał się błyszcząc zielonkawym światłem symbol zielonego smoka i tarczy. Wypowiedziała zaklęcie odpieczętowujące i położyła dłoń na tarczy. Rozbłysnął strumień zielonego światła, gdy przygasł stała już w innym pomieszczeniu. Ciasna, okrągła, zielona komnata mieściła w sobie cztery płytkie nisze. W pierwszej stała zbroja – czarna o ciemnozielonym połysku, w drugiej tarcza – ciemnozielona, bez godła; w trzeciej miecz a w ostatniej wisiał amulet smoka...

*******

  -    Nigdzie jej nie ma! Przecież nie rozpuściła się w tym strumieniu!
  -    Psy straciły trop w wąwozie. Obeszliśmy Panie całą okolice, ale nic nie wywęszyły.
  -    Mądre będą wściekłe, ta mała miała być żoną Pana na Ortmorcie! To ty głupcze za to odpowiesz i te twoje zapchlone kundle, które nie potrafią wyczuć przestraszonej dziewki! Ty, ty i ty jedziecie ze mną w stronę gościńca, pewnie jakimś cudem się tam przedostała. A ty głupcze jeszcze raz obejdź z psami ten wąwóz i jeżeli nic nie znajdziesz ruszaj za nami w przeciwnym razie wyślij tego twojego psiarza.

          Czterech jeźdźców wyjechało na gościniec. Nie ujechali daleko, gdy przed sobą ujrzeli rycerza na czarnym koniu wolno nadjeżdżającego z przeciwka.
  -    Wybacz wędrowcze, że cię niepokoję,- zagadnął przywódca pościgu – czy nie widziałeś po drodze dziewczyny w wieku około osiemnastu lat, wysokiej w stroju posłańca. Mądre bardzo się o nią niepokoją.
Wędrowiec wyprostował się, uniósł dłoń odzianą w ciężką, nabijaną ćwiekami rękawice, zdjął kaptur z głowy i odpowiedział przejmującym zimnym głosem.
  -    Nie widziałem żadnej zbłąkanej dziewczyny.
Jeźdźcom zaparło dech w piersiach i nie śmieli się o nic więcej zapytać. Rycerz ten nie miał twarzy tylko maskę wyciosaną z kamienia. Jego trzy czarne i długie warkocze świadczyły, że pochodzi z szlachetnego rodu, ale na jego tarczy, ani na lekkiej zbroi nie widniało żadne godło. Rycerz cichutko cmoknął na konika i wolno ruszył w dalszą drogę nie oglądając się za siebie. Jeźdźcy jeszcze długo stali nieruchomo wpatrując się w jego znikającą sylwetkę.

********

           W księżyc po ucieczce Emar-sy z Domu Mądrych Baron na Ortmorcie został znaleziony martwy( a raczej to, co z niego zostało, a zostało niewiele) w swoich prywatnych komnatach. Leżał w kałuży krwi na ołtarzu ofiarnym, na którym składał w ofierze krew swoich żon. W jego sercu tkwił kołek a odcięta głowa spoczywała między stopami. Nic nie zginęło z wyjątkiem ulubionego medalionu Barona, z którym się nigdy nie rozstawał.
           W Ortmorcie było w zwyczaju wystawianie ciała zmarłego na dziedzińcu, aby każdy mógł pożegnać swobodnie zmarłego. Pachołkowie wynieśli o świcie ciało Barona zgodnie z panującym zwyczajem. Zdarzyła się rzecz dziwna, gdy pierwsze promienie słońca dosięgły otwartej trumny, ciało zamieniło się w proch.
           Nie znaleziono zabójcy.

III

*

           Nazywam się Anhor jestem synem Darda i Almony - księżniczki Volund, siostrzeńcem Króla Amalda - Pana krainy Meri.
           Moja matka w obawie o moje życie piętnaście lat temu wysłała mnie w tajemnicy do Zaufanych. Pobierałem u Nich nauki, żyłem z Nimi i przyjaźniłem się z niektórymi, ale nigdy nie poznałem ich imion. Taka była Ich tradycja, która i mnie zapewniała anonimowość a przez to i bezpieczeństwo.
           Ani matka, ani wuj nigdy nie chcieli opowiadać mi o ojcu, czułem, że ich obawa o moje życie w jakiś sposób wiąże się z życiem i śmiercią rycerza Dardów. Nie znałem go, nie widziałem nigdy nawet jego podobizny. Nie jestem podobny do matki, ani jej rodziny, zatem musze być podobny do niego. Jedyną pamiątką po ojcu jest pierścień, który moja matka otrzymała w dniu zaślubin, a który mi podarowała, gdy ciemną nocą wyprawiała mnie do Zaufanych. Pierścień ten z dziwnym zielonym kamieniem stał się odtąd moim talizmanem, który przypominał mi dom, matkę i słodkie chwile krótkiego dzieciństwa.

**

           Wracałem do domu!
           W nocy znajomy posłaniec przyniósł list od matki. O jakże uradowało mnie jej równe drobne pismo i fakt, że wreszcie wzywa mnie do siebie.
           Wyruszyliśmy o świcie. Posłaniec wypytywany o matkę, wuja i powód, dlaczego tak nagle wracam do domu nie potrafił powiedzieć nic więcej oprócz tego, że rodzina moja ma się dobrze i z niecierpliwością czeka na mój powrót.
           Na noc nie zatrzymaliśmy się w gospodzie. Zależało mi, aby jak najszybciej dotrzeć do celu, a i mojemu towarzyszowi było to na rękę. Rozpaliliśmy ognisko na leśnej polanie i tam postanowiliśmy przespać kilka godzin do świtu.
Mimo zmęczenia nie mogłem zasnąć. Pogrążony w wspomnieniach nie zauważyłem, że posłaniec i konie rozpłynęły się w mroku nocy. Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie niepokoju, przez chwile nie mogłem pojąć, co je spowodowało. Panowała cisza, leśne zwierzęta milczały, wiatr zamarł, nad ziemią zawisła mgła. Za sobą poczułem chłód. Z mgły wyłoniła się ręka uzbrojona w długi, cienki sztylet i błyskawicznie zaatakowała. Zareagowałem. Ostrze ześlizgnęło się po żebrach i rozorało bok. Nastąpił kolejny cios. Mimo bólu zdążyłem uskoczyć. Napastnik uniósł głowę, spod ciemnego kaptura rozległ się drwiący śmiech. Po moich plecach przepełzły ciarki a bok zawył bólem. Zrozumiałem, że trzeba uciekać, lecz nie mogłem już zrobić nawet kroku, moje ciało bezwładnie osunęło się na trawę. Przerażający śmiech zabrzmiał jeszcze głośniej. Nad moją piersią pochyliła się ta cienista postać i usłyszałem słowa.
  -    Żegnaj potomku! – wypowiedziane z pogardą głosem mojej matki!
Uwięziony w bezwładnym uścisku czyjejś woli, albo po prostu sparaliżowany strachem nie widziałem, co było potem. Usłyszałem jedynie dźwięk zanurzanego w ciele metalu i jęk. Nie mój jęk!

***

          Wyciągnął do mnie dłoń, chwycił i postawił na nogi. Nie widziałem go wcześniej, ale jego sława najlepszego wojownika mego wuja doszła i do moich uszu. Nie przeraziła mnie jego twarz a wielkie zielone oczy wręcz uspokoiły.
Napastnik leżał obok. Rycerz pochylił się nad nim i ściągnął mu kaptur z głowy. Przez chwile bałem się, że ujrzę moją matkę. Twarz ta miała tysiąc oblicz! Jedno oblicze trwało przez ułamek sekundy a potem następowało kolejne. Tylko jeden szczegół nie zmieniał się – grymas ust, który był namiastką chorego uśmiechu. Nagle wszystko zastygło i pozostało ostateczne oblicze, bez oczu i nosa z szparą w miejscu ust – bezkształtna masa.
  -    Co to było? – spytałem bardziej swoje zmysły niż wybawcę.
  -    Zmiennokształt, potrafi się wcielić w każdego, kogo dotknie swym ciałem i umysłem.
Spojrzałem na niego z jeszcze większym niedowierzaniem.
  -    To Lady Marana była narzeczona twojego wuja. Długo nie mogłem rozszyfrować jej i jej zamiarów. Umiała doskonale kryć się ze swoimi darami.
Słuchałem jego słów, które kłóciły się z całą moją dotychczasową wiedzą, ale dowód na potwierdzenie jego stwierdzeń leżał przede mną.
Zaczął przeszukiwać szaty stwora – zdziwiło to mnie. Wydobył spomiędzy nich jakiś kamień i schował go pośpiesznie do kieszeni.

****

          Rana nie była głęboka, ale mój stan się pogarszał, wdało się zakażenie i z rany zaczęła sączyć się ropa. Jechaliśmy w milczeniu, nie pytałem gdzie, ufałem mu.
Nie pytałem jak do niego mam się zwracać. Słyszałem wcześniej, że nazywają go Emar – burza, ale mówiło mi coś, że to bez znaczenia jak będę się do niego zwracać.

*****

           Pamiętam tylko tyle: wjechaliśmy do jakiegoś wąwozu, zdjął mnie z konia, podszedł do skalnej ściany niosąc mnie na plecach, wyciągnął moją rękę z matczynym pierścieniem i swoją z identycznym. Poczułem ciepło promieniujące z pierścienia, a potem zanurzyliśmy się w skale.
Zobaczyłem coś przepięknego i wstąpiliśmy w tą jasność, ogarnęło mnie uczucie spokoju i dziwne uczucie znajomości. Zdjął ze mnie tunikę i pomógł wejść do basenu. Zapadłem w dziwny, błogi stan z pogranicza snu i jawy. Pochyliła się nade mną przepiękna kobieta o rzadkiej urodzie. Jej delikatna twarzyczka z regularnym niedużym noskiem otoczona była burzą kolorowych włosów. Ogromne zielone oczy świeciły łagodnym blaskiem a delikatne wąskie usta uśmiechały się uroczo. Nagle ten piękny obraz znikł i pojawił się ogłupiający bełkot, który dopiero po chwili przerodził się w zrozumiały potok wiedzy.

******

           Mój ojciec był Dardem, tak jak ten, który mnie tu przywiódł. Mieliśmy za zadanie dokończyć to, co nie zdołał mój ojciec. Znaleźć i zniszczyć Fire, którego macki zagłębiały się w światy i wysycały z nich całą energie powodując ich zwężenie – zestarzenie a w rezultacie zagładę. Mój świat był jego siedzibą.
Napłynęły do mnie różne informacje, ale mój umysł nie był tak chłonny jak umysł czystej krwi Darda. Zdołałem na szczęście pojąć, co najważniejsze. Każdy składa się z trzech rodzajów energii. Pierwsza – najbardziej krucha – to nasze ciało, energia fizyczna, która opuszcza nas, kiedy się starzejemy. Druga - to umysł, który wraz z rozwojem pozwala na coraz większe magazynowanie wiedzy. Trzecia – najmniej zbadana i poznana nawet przez Dardów to dusza. Ta energia kieruje i wzmacnia pozostałe sprawiając, że są one: silne lub słabe, dobre lub złe. Tylko ona jest niezależna i może istnieć wiecznie bez ciała i umysłu, które pozbawione jej są ślepe, głuche, chrome i skazane na zagładę. Umiejętne wykorzystanie tej trzeciej energii to sekret Dardów, natomiast wiedza jest ich największym skarbem. Gromadzą ją skwapliwie w swoich umysłach przez całe życie, a żyją tysiąclecia, otrzymali dar odradzania swojego ciała i przekazywania wiedzy.
Zdarzało się, że najstarsze dusze znużone energiami ciała i umysłu uwalniały się niszcząc ciało i przekazując ogółowi całą wiedze.
Dusza mego ojca nie miała takiego wyboru...
Dardowie nie zdradzali swoich prawdziwych imion. Poznanie imienia Darda wiązało się z dostępem do jego duszy - możliwością najwyższego zespolenia, oraz z możliwością całkowitej jej kontroli.

*******

           Ocknąłem się będąc całkowicie zdrowy i wypoczęty dzięki regenerującemu wpływowi wody w basenie. Rycerz odpieczętował komnatę. Była tam zbroja mego ojca porysowana i zmatowiała, pęknięta tarcza bez godła, złamany miecz oraz amulet smoka nie nadszarpnięty zębem czasu, ani pazurem walki.
           Nigdy nie zapomnę tego dnia...
           Nigdy nie zapomnę tej pięknej wyśnionej twarzy kobiety...

IV

*

  -    Panie, byli dziś, ale nic od nich nie mogłem wyciągnąć, a między sobą też nie rozmawiali na ten temat.
Energia wokół kamienia widocznie zgęstniała i zaczął formować się z niej płomień, a w nim zarys ust, oczu i nosa. Usta wykrzywiły się w niezadowoleniu.
  -    Ostatnio jesteś bezużyteczny!
  -    Wybacz Panie!
Człowiek padł na kolana.
  -    Obawiam się, że zaczęli coś podejrzewać Panie.
  -   To przez twoje nieudolne próby błaźnie! Zmuszasz mnie abym znów cię ukarał, tym razem ostatecznie!
Człowiek skulił się na podłodze ukrywając głowę w ramionach.
  -    Wybacz Panie to nie moja wina, że poradzili sobie w Górach Szarych. Ja tylko wykonywałem twoje, Panie rozkazy. – Mamrotał piskliwie.
Twarz w płomieniu znikła, ogień urósł i uformował rozszczepiony na trzy odnogi bicz, który spadł z trzaskiem na plecy skulonego człowieka. Rozległ się jęk, płacz i zawodzenie, a powietrze przesiąkło swądem spalonych włosów i skóry.
  -    Mam tego dosyć! Nadszedł czas rozrachunku, trzeba tylko przesłać zaproszenie!
Rozległ się histeryczny, kobiecy chichot, który przerodził się w pisk dziecka. Ogień przygasł, jakby zaczął być wsysany do wnętrza kamienia. Na podłodze wciąż jęczał człowiek, gdy wszystko objął we władanie ogień.

**

  -    Jesteś pewien, że to karczmarz?
  -    Tak – odparł posępnie Emar
  -    Ale to przecież zwykły człowiek.
  -    Najstraszniejszymi potworami najczęściej są zwykli ludzie. Zauważyłeś przecież sam, że zawsze nas wypytuje, i to właśnie dzięki niemu udaliśmy się w Góry Szare.
  -    Właśnie! Dzięki niemu...
  -    ...wpadliśmy w pułapkę!
Nastała chwila ciszy i namysłu, w której Anhor i Emar patrzyli sobie w oczy.
  -    Masz rację, to była pułapka – przyznał Anhor – ale dlaczego dziś nic nie zrobiliśmy?
  -    To nie jest zwykły szpieg, ma blokady myślowe sprytnie zawoalowane wspomnieniami, on nie mógł sam tego zrobić, ale może nas doprowadzić do tego, który to potrafi!
  -    Dlatego jedziemy teraz jego śladami.
Anhor zobaczył uśmiech w oczach przyjaciela. Podczas pięciu lat wspólnych podróży i potyczek nauczył się rozpoznawać nastroje swego towarzysza po oczach, gdyż jego twarz – maska była zawsze nieruchoma. Uśmiechnął się także.
           W powietrzu unosił się zapach dymu i spalenizny. Na południowym skraju zrębu dogasały zgliszcza chaty drwala. Popiół był jeszcze gorący i gdzieniegdzie jarzyły się jeszcze niedopalone szczapy. Obok osmolonego kamiennego komina leżało coś skulonego. Anhor wyciągnął miecz z pochwy i ostrożnie przewrócił zwęglone szczątki.
  -    To ten karczmarz!
Przyjrzeli się dokładnie trupowi. Wyglądał w miarę dobrze, biorąc pod uwagę, że wszystko wokół doszczętnie spłonęło. Emar zaczął gorączkowo wertować resztki szaty karczmarza. Przewrócił trupa na brzuch, gdy dotknął koszuli a ta rozleciała się i odsłoniła plecy, na których wypalona była droga, miejsce i znak Fire. Mapa wyryła się błyskawicznie w ich pamięci a potem zmieniła się w pył wraz z ciałem.
  -    To kolejna pułapka! – stwierdził Anhor
  -    Nie, to zaproszenie! – sprostował Emar
          Wsiedli na konie i już mieli odjeżdżać, Emar zeskoczył z rumaka i zaczął szukać w popiele, gdzie rozsypało się ciało karczmarza.
  -    Czegoś brakuje, brakuje...- bełkotał.
  -    Daj spokój, po prostu nie miał żadnego kamienia, nie wszyscy jego słudzy mieli.
  -    On musiał mieć! – zaryczał
Anhor zsiadł także z konia i zaczął pomagać towarzyszowi.
  -    Przecież sam nie wierz, dlaczego je zabierasz.
Emar uniósł głowę.
  -    Nie wiem jeszcze do czego, ale czuję, że będą potrzebne!
Młodzieniec podniósł mały, szary kamyk wyglądający jak otoczak ze strumienia i już miał go odrzucić, gdy rycerz chwycił go za dłoń.
  -    To TEN!

V

*

           Wszechogarniające uczucie znajomości, które zawsze jej towarzyszyło nie znikło, ale w jakiś dziwny, nieokreślony sposób zmieniło swój odcień. Zawsze temu uczuciu towarzyszył pęd, przymus i strach, teraz to się zmieniło. Czuła spokój. Wiedziała, że czeka ją walka, od której wyniku nie zależy tylko jej życie, ale także istnienie innych światów. Ze słońcem budziło się w jej duszy coś jeszcze, coś, czego nie znała i nie mogła jeszcze opanować. Otworzyła oczy. Jak co ranek wypowiedziała słowa modlitwy. Nie bała się dnia, nie bała się jutra – jeżeli miało nadejść.

**

           Weszli do jaskini. Ich smocze amulety oświetliły im drogę. Doszli do wrót z krwawym kręgiem, które otworzyły się zachęcająco i znajomo. Na kamiennej posadce siedziała dziewczynka, a z nieokreślonego miejsca w komnacie wydobywał się śpiew. Słowa tej pieśni były niezrozumiałe, ale emanowała z nich pustka i zimno. Dziecko podniosło krwiożerczy wzrok potwora i uśmiechnęło się drwiąco. Anhor uniósł miecz, lecz Emar zastopował zdecydowanym gestem każdy dalszy jego ruch.
Umilkła pieśń.
  -    Witajcie! – zimnym, ostrym tonem odezwało się Dziecko i wstało niezdarnie z posadzki – Chyba zgodzicie się ze mną, że trzeba to skończyć! – uśmiechnęło się drwiąco – Po co marnować bezcenną energię, ją mógłbym spożytkować ją dużo lepiej! – drwiło
Zaczęło się śmiać ukazując swoje ostre jak igły cynowe ząbki. Obróciło się i zaczęło podnosić z podłogi jakąś dzieciną zabawkę, ale jak tylko dziecinna rączka dosięgła celu zabawka zajęła się ogniem i wystrzeliła w kierunku rycerzy.
Emar błyskawicznie uniósł dłoń z pierścieniem i ognista kula rozprysła się na energetycznej tarczy.
  -    Dużo się nauczyłeś, co?! – znów drwiło.
  -    Dużo więcej niż myślisz – odparł poważnie.
Wyjął powoli trzy kamienie: amulet Barona Wordeta, kamień Lady Marany i mały otoczak z chaty gdzie zginął karczmarz. Zaczął bawić się nimi przesadnie oglądając.
Śmiech Dziecka umilkł.
  -    Nie wiedziałem, że chcesz rzucać we mnie kamieniami.
Anhor spojrzał na przyjaciela pytająco.
  -    Kończmy z tymi błazeństwami – burknęło
Postać błyskawicznie zajęła się ogniem, ukształtowała kulę i wystrzeliła w kierunku rycerzy. Zielonooki skinął głową na Anhora, unieśli miecze i tarcze. Padło zaklęcie, ogień zatrzymał się na tarczach, nie mogąc dosięgnąć przyjaciół. Cofnął się i uderzył ponownie koncentrując się na Anhorze. Młodzieniec upadł osłabiony. Rozległ się triumfalny śmiech Istoty. Dard zacisnął zęby i pięści. Dłoń trzymająca kamienie skaleczyła się o ostrą krawędź jednego z nich. Na kamienie dostała się kropla krwi. Ręka zajęła się ogniem, który szybko przygasł. Rycerz rozluźnił dłoń, z której wysypał się pył. Na wewnętrznej stronie dłoni widniały znaki. Istota zastygła. Zielonooki zrozumiał, co one oznaczają. Zebrał w sobie całą energię, jego amulet smoka zabłysnął niewyobrażalnym blaskiem, uniósł dłoń z jarzącymi się na czerwono znakami i wymówił Imię.
  -    Elbernasone!
Ogromna fala zielonej energii uderzyła w Istotę, a ta skurczyła się, zawyła z zaskoczenia i bólu.
  -    NIE!!! Nie możesz jesteś za słaby! Elbernasone z rodu Czerwonego Stawu może zgładzić tylko obdarowana i pozbawiona życia – tak mówi przepowiednia.
Zielona fala nagle została wciągnięta we wnętrze Istoty, a ta znów zaczęła rosnąć w siłę i tym razem ona zaatakowała. Zielonooki odarty z ochrony upadł, jego ciało zaczęły trawić płomienie. Anhor resztkami sił ruszył na ratunek, wypowiedział zaklęcie i płachtą energii stłumił szalejący żywioł.
Istota zbierała energię na ostateczny cios.
Później Dard sam nie wiedział jak to się stało i jakim cudem dotarł do tej mocy, może to determinacja a może coś innego, ale to otworzyło w nim pokłady energii, o których sam wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Zerwał się na nogi, wyciągnął dłoń z Imieniem, drugą położył na amulecie wypowiadając kolejne zaklęcie. Anhor położył dłoń z pierścieniem na ramieniu przyjaciela pragnąc wspomóc towarzysza resztkami swojej energii. Rozległ się krzyk przyjaciół.
  -    Elbernasone!!!
Z amuletu wystrzeliła niewielka pulsująca cząstka, nie odbiła się od tarczy obronnej Istoty, lecz zamknęła ją całą w sferze. Z amuletu zaczęły napływać inne cząstki i wtapiały się w bańkę, która zaczęła się zacieśniać aż osiągnęła rozmiary główki od szpilki, wtedy rozległ się huk. Wstrząsnęły pomieszczeniem fale energii, które rozchodziły się jak kręgi po wrzuconym w wodę kamieniu.

           Na posadzce leżały dwie osmolone, wyczerpane i nieprzytomne postacie. Wokół panował spokój.

***

  -    Mieliśmy dużo szczęścia!
  -    Tak! Kto by się spodziewał, że jej przekleństwo stanie się darem losu dla tylu światów.
  -    Mit stał się rzeczywistością kosztem jej rodziny.
  -    Jesteśmy starzy, ale to, co straciło swą moc było prehistorią nawet dla nas.
  -    Kto by pomyślał, że walka rozpoczęta w dniu Zielonego Smoka i którą uważaliśmy dawno za skończoną osiągnie swój finał właśnie teraz.
Uśmiechnęły się stare oczy Darda, uśmiechnęły się także jego młode, blade usta.
  -    Niech wraca, wykonała swe zadanie, nie może tam dłużej zostać, PĘTLA musi być rozerwana inaczej tamten stary świat może zginąć.

****

           Anhor otworzył oczy. Pochylała się nad nim ta sama kobieta ze snu, a może to wcale nie był sen. Uśmiechała się łagodnie, uśmiechały się jej wielkie zielone oczy, jakże znajome oczy. Pochyliła się i delikatnie pocałowała go w kącik ust.
  -    To ty byłaś nim.- wyszeptał
Skinęła głową twierdząco.
Usiał na posadce, odgarnął jej włosy z czoła.
  -    Wracaj!!!- rozległ się rozkazujący głos.
Odwrócili głowy w stronę źródła głosu. Powietrze zafalowało jak podczas upału i przybrało odcień błękitno-srebrzystej wody w basenie.
  -    Wracaj!!- głos ponaglał
Spojrzała na niego przepraszająco, wstała i podeszła do tafli. Zerwał się na nogi. Odwróciła głowę, uniosła rękę w pożegnalnym geście a tafla ją wchłonęła i zaczęła się zwężać. Wskoczył za nią!

*****

           Otworzył oczy, leżał na brzegu strumienia w Ślepym Wąwozie.
  -    Znajdę, znajdę cię – wymamrotał
Po policzku popłynęła łza.

KONIEC

(a może początek?)

POWRÓT DO GŁÓWNEJ

Księga gości