Oparł się o ścianę. Kamień był lodowato zimny, lecz mężczyzna w tym momencie nawet tego nie zauważył. Odrzucił miecz - przypominał mu o śmierci jego przyjaciela. Nogi się pod nim ugięły i osunął się na podłogę. Nie mógł już dłużej powstrzymywać łez. Od dawna tłumione napłynęły jak rwący, górski potok zasilony wiosną przez topniejące lody. Po przystojnej dawniej twarzy, teraz pooranej przez czas popłynęły łzy. Brudne dłonie z połamanymi paznokciami zanurzył w długich, brudnych i posiwiałych włosach. Zaczął je szarpać i wyrywać jakby zadawany sobie w ten sposób ból mógł zagłuszyć ten większy – psychiczny.
Naprzeciw niego leżało ciało, albo raczej to co z niego zostało po latach rozkładu. Lecz mimo to rozpoznał do kogo ono niegdyś należało. Nic już nie rozumiał. Nie rozumiał czasu, tego miejsca i faktu, że choć cały czas piął się w górę, to jednak w jakiś dziwny, nieznany mu sposób zawrócił i dotarł do punktu wyjścia. Nie rozumiał również tego, że choć czuł upływający czas, nie czuł głodu ani pragnienia, ale tym faktem już dawno przestał zaprzątać sobie głowę. Był zmęczony, zrezygnowany i zdezorientowany. Wreszcie zapadł w niespokojny przerywany drgawkami sen, który nie przyniósł ukojenia bo majaczyły w nim strzępy przeszłości.
Śniła mu się zmarła przy porodzie żona i mały synek, którego maleńką, niemowlęcą twarzyczkę widział tylko przez chwilę, ale która wyryła mu się na stałe w pamięci. Śnił o przyjacielu, którego zabił omotany przez nieznane mu siły. Sny te choć gorzkie nie były jeszcze najstraszniejsze. Przerażające były te o kamiennych schodach, wysokich, krętych i stromych prowadzących wciąż w górę. Obijał się o zimne ściany, ze zmęczenia potykał się o własne nogi, a schody wciąż pięły się przed nim, robiły się coraz węższe i strome. Czasami monotonie tych schodów przerywała mała, wręcz ciasna, zimna, kamienna komnata bez okien tylko z drzwiami. Jedne z tych drzwi prowadziły w dół, drugie w górę, ale on nie uwzględniał powrotu. Szedł po tych schodach, lecz nie docierał do szczytu Wieży. Wciąż miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, depcze mu po piętach jakby go ścigał, ale nie chciał złapać rozkoszując się jego tułaczką, czerpiąc siłę z jego udręki, naśmiewając się z jego nadziei.
Obudził się i nie widział różnicy pomiędzy snem a rzeczywistością.
Spojrzał na swoje dłonie. Paznokcie urosły a skóra się pomarszczyła. Znów się postarzał! Ile spał?
Przegrywał tą walkę – nie ma istoty, która by wygrała z takim przeciwnikiem. Czas był niezwyciężony, zawsze z większym lub z mniejszym trudem lecz zawsze zwyciężał. Z nim nie mógł wygrać, nie mógł nawet stawić mu czoła, lecz ten, który porwał mu syna był rzeczywisty i przeciwko niemu mógł podnieś miecz – gdyby go wreszcie mógł znaleźć. Czuł, że utknął w tym dziwnym miejscu i nie potrafił wyjść z tego magicznego labiryntu.
Spojrzał na trupa. Zeschnięta skóra opięta na kościach, wysuszona, przechylona czaszka uśmiechała się dwoma rzędami pożółkłych zębów. Ręce i nogi rozrzucone bezwładnie. Kawałki znajomych zgniłych i wyblakłych szat otulały nieznaczną mgiełką szczątki. Z szyi na grubym łańcuchu zwisał metalowy wisior w kształcie niedźwiedzia, który podarował kiedyś przyjacielowi. Tułów opierał się o ścianę, z żeber w okolicy serca wystawało zardzewiałe ostrze miecza. Coś mu w tym widoku nie pasowało, nie tak to zapamiętał.
- Ostrze? Przecież miecz mam...- Wymamrotał stłumionym głosem.
Rozejrzał się wokół i rzeczywiście znalazł swój miecz leżący na posadce. Chwycił za klingę. Ostrze było dość stępione, ale nie znać było na nim korozji. Choć był pewien, że trup leżący naprzeciw niego był ciałem jego przyjaciela, lecz co to za ostrze, które tkwiło w jego ciele jeżeli te, które trzymał w dłoni było tym które przeszyło serce.
Wstał. Nogi mu zdrętwiały i poczuł w nich teraz mrowienie napływającej krwi.Podszedł. Ukląkł, przez chwilę zachwiał się – nie mogąc złapać równowagę podparł się mieczem. Drugą rękę wyciągnął i dotknął policzka przyjaciela. Ciało, choć wyglądało na wysuszone okazało się dziwnie miękkie, wręcz lepkie. Ta lepkość wydała mu się obrzydliwa. Przesunął palcem po wisiorze upewniając się co do jego prawdziwości i tożsamości ciała, które kiedyś go dumnie nosiło. Odchylił ciało, które zaczęło mu przeciekać przez palce. Wzdrygnął się, gdy czaszka odpadła od tułowia i potoczyła się w stronę otwartych drzwi jakby popychana przez wiatr. Zacisnął zęby, gdy opadła ze stukiem na pierwszy stopień,
tam...
potem następny,
tam... am...
i następny...
tam... amm...
Dźwięk długo nie cichł, a echo wciąż powtarzało stukot.
tam... am... tam... am... tam... am... ...
- No i jak? Piękny jestem?
Stwór obrócił się jak baletnica na palcach i nawet przez chwilę piach wokół niego ułożył się w krótką, mglistą spódniczkę.
- O, co taka zdziwiona mina, przecież chciałeś mnie widzieć. – Śmiech.
Z suchych ust Więźnia wydobył się cichy dźwięk.
- Kim ...? Czym jesteś?
Stwora jakby cieszyło to zainteresowanie jego osobą. Uśmiechnął się, tym razem z zadowolenia nie z żądzy.
- Niektórzy nazywali mnie Setf i czcili jako boga piasku i pustyni. – Z jago ust wylewała się pycha i samochwalstwo. – Byli też tacy, którzy nazywali mnie Nidopgp i wielbili pod postacią smoka. Jestem z ludu Sialhe. Jestem z ludu Nietret. Z ludu Sif- Hu-Rhh. Panem khuiudo. – Tu rozległ się obcy, ostry pisk. – Jestem panem Suchego Wiatru i Wyschłej Doliny. Jestem mistrzem Isem. Jestem Królem Wież!
Wyliczania tytułów nie było końca. Więzień pożałował swojego pytania. Z początku bał się odezwać – przerwać tą tyradę, później stwierdził, że i tak nie ma nic do stracenia.
- Jesteś panem puchy!!! – krzyknął.
Setf przestał, z twarzy (jeżeli można to nazwać twarzą) wypłynęły dwa strumienie zakończone czymś co przypominało tęczówki oczu, ale bez źrenic i zatrzymały się centymetr przed oczami Więźnia.
Setf ryknął.
- Jak śmiesz mi przerywać jeszcze nie skończyłem! Pan pychy też wymyślił! – Był groźny, ale mimo to w swojej złości przypominał rozkapryszone, rozpuszczone dziecko, któremu przerwało się ulubioną zabawę.
Oczy stwora napłynęły na oczy Więźnia. Biedak krzyknął z bólu.
Wciąż te przeklęte...
tam...
tam... am...
tam... amm...
tam... am... tam... am... tam... am... ...
Stracił przytomność.
- Zatem jestem....?
- Więźniem, duchem...
- Ale jak to... jak to możliwe...?
Setf uśmiechnął się pobłażliwie jak do małego dziecka, któremu wszystko należy wciąż tłumaczyć a ono ciągle zadaje głupie pytania. Było coś jeszcze – Setfowi się to podobało.
- Jak to przecież ja się starzeje! – protestował Więzień.
Twarz Setfa zamiast zastygnąć w surowym grymasie zniecierpliwienia, jeszcze bardziej złagodniała, może dlatego, że właśnie miał się pochwalić swoją wiedzą.
- A skąd wiesz, że duchy się nie starzeją – odparł miłym, ale i zarozumiałym tonem.
- Co!?
- Nawet najleciwszy starzec wygląda młodziej do ciebie. Wiem, że nie widziałeś swojej twarzy, ale spójrz na dłonie, są szare i poorane jak suche pole zdesperowanego rolnika na wiosnę.
Chwila ciszy, nawet czaszka przestała odbijać się o stopnie..
- A teraz znudziłem się tobą!
- Nie!!! – krzyknął Więzień – To wszystko, to nie może być prawda!
Powstał. Wyciągnął ręce, aby odepchnąć Setfa. Nie spodziewał się, że napotkają jakiś opór, ale jednak coś odepchnął.
Zaczął biec. Drzwi, schody, wciąż w górę. Drzwi, schody, czaszka, rytm,
tam, tam, tam...
schody, drzwi, schody i nagle iskierka czegoś nowego.
Furia biczująca pięty.
Światło.
Tysiące igieł wbijających się w nogi.
Pęd do światła.
Bicze chłostające plecy i obrzydliwe-
tam, tam, tam..
Biel światła – otwarte drzwi.
Rytm rozsadza mózg.
Wpada w jasność ostatkiem sił. Powiew świeżego powietrza, zieleń drzew, zapach zaoranej ziemi. Ziemia coraz bliżej. W głowie spokój, tylko świergot ptaków rozkosznie łaskocze uszy.
Spada, widzi pojedyncze źdźbło trawy i ...
Ciemność. Strach. Nie może otworzyć oczu, tak jakby ich nie miał. Narastająca panika.
Chwila czy Wieczność?!
Nagle zauważa, że absolutna pustka została złamana. Dźwięk nikły, słaby jak oddech umierającego stworzenia wkrada się z coraz większą siła, jest coraz bardziej równomierny i zdecydowany
ta tam, ta tam, ta tam,...
Powoli także czuję ciepło z prawej strony i delikatny głos nucący jakąś melodie.
Wreszcie kształt, zarys nikły, lecz i on z każdą chwilą nabiera wyrazu.
Kobieta siedzi w bujanym fotelu i nuci kołysankę. W jej ramionach śpi małe dziecko.
Wrzesień 2006